Hollywood Rose, Warszawa @ Klub Bilardowy Falcon, 22.03.2026.
MISTRZOWIE COVERÓW
Niechybnie zmierzamy ku czasom gdy nasi muzyczni idole odchodzą na emeryturę bądź na tamten świat. Niechybnie zmierzamy ku czasom, gdy chcąc powrócić do lat młodzieńczej rebelii, będziemy sięgali po muzyczne zamienniki w postaci cover bandów. Zwłaszcza gdy godnych następców muzycznych legend nie widać na horyzoncie. Miałem już przyjemność uczestniczyć w koncertach zespołu Made In Warsaw, który gra i śpiewa piosenki z repertuaru Deep Purple. Tym razem przyszedł czas na węgierski odpowiednik Guns N' Roses, czyli Hollywood Rose.
Co ciekawe, działając wiele lat jako newsman na forum NightrainStation, miałem przyjemność przeprowadzać wywiad z innym cover bandem Gunsów z Węgier, czyli Reckless Roses https://gunsnroses.com.pl/forum/news-20/reckless-roses-'koncert-bedzie-niespodzianka-8211-dla-nas-takze'/ Ciekawe co u nich?
Klub bilardowy Falcon, bo tak się nazywało miejsce koncertu, to dla mnie nowy obiekt na liście koncertowych miejscówek Warszawy. Stoły bilardowe zniknęły gdzieś na zapleczu, a ich miejsce zajęła niewielka scena, otoczona z każdej strony stołami. Wokół kłębili się ludzie w często pamiętających lata 90. koszulkach ukochanego zespołu. Przy szklance piwa i przekąskach trwało oczekiwanie na węgierskich naśladowców.
Nieustannie mnie zaskakuje w jakich miejscach można zorganizować wieczór z muzyką na żywo. Zaskakuje oczywiście pozytywnie, bo jak tu piszę od jakiegoś czasu, im mniejszy i bardziej kameralny obiekt, tym większe są doznania, bo artystów ma się wręcz na wyciągniecie ręki. Oczywiście wielki stadion to dla artysty prestiż i wielkie pieniądze, ale mam wrażenie, że wielu tych co wyprzedaje w mig stadionowe trasy, chciałoby, choćby od czasu do czasu zagrać mniejszy koncert - tak robili swego czasu np. Rolling Stonesi, którzy na rozgrzewkę dawali występy w małych salach teatralnych.
Za cynk o koncercie dziękuję koledze Piotrowi, który wychwalał zespół po koncercie w warszawskim Hard Rock Cafe sprzed paru lat. Przechodząc do sedna - Hollywood Rose to węgierscy muzycy, ustylizowani na Guns N' Roses z lat 90., wprost nawiązujący do trasy "Use Your Illusion". Wszyscy oczywiście zwracali uwagę na "Axla" i "Slasha", ale np. Duff znad Dunaju zwracał na siebie uwagę potężną posturą oraz tym, że "chodzi" w wadze superciężkiej i wygląda jakby zjadł na obiad dwóch oryginalnych basistów GN'R. Pomijając drobne złośliwości, muszę przyznać, że Panowie bardzo profesjonalnie starali się odtworzyć każdy szczegół ulubionych muzyków. Wokalista Peter przywdział t-shirt z podobizną Charlesa Mansona, którą Axl nosił na początku lat 90., czym wywoływał niemałe kontrowersje. Poza tym wokalista wiernie naśladował idola, włącznie ze skrzeczącymi formami wokalnymi, co wymaga przecież nie lada wysiłku.
Występ rozpoczął się od intra Looney Tunes, co było właściwie jedynym nawiązaniem do czasów reunionu (od którego swoją drogą właśnie minęło 10
lat - uwierzylibyście?). Zespół rozpoczął od "It's So Easy", po czym
wokalista skrzeczącym głosem zapytał publiczność "Do You know where the
fuck You are?" i ze sceny popłynęły pierwsze dźwięki "Welcome To The
Jungle". Potem spokojniej "Estranged" i zaraz znowu klasyczny rocker
"You Could Be Mine". W tym momencie porzuciłem swój stolik i znalazłem się pod sceną rozgrzany kolejnymi solówkami.
Z mniej "chodliwych" numerów Hollywood Rose wykonali "Pretty Tied Up", ale prawdziwi fani (a tych była zdecydowana większość) znali każde słowo. Z uwagi na brak pianina, intro do "November Rain" poleciało z taśmy, a piękną solówką popisał się ukryty za bujną czarną czupryną gitarzysta Sándor Tátrai. Za chwilę zresztą węgierski Slash miał swoje "5" minut (a właściwie öt perc), gdy wiernie odtworzył temat z Ojca Chrzestnego. Prawdziwy Slash też mógłby do tego wrócić, bo po tylu latach nadal jest to najlepsza solówka, którą stworzył. Zaraz potem "Sweet Child O' Mine", gdzie Peter śpiewał na pewno lepiej od Axla w obecnej formie wokalnej.
Świetne "Civil War" i rozpędzone "Nightrain" tylko podgrzało temperaturę na sali (a może powinienem napisać na stole?). Z kolei "Knockin' On Heavens Door" Węgrzy zadedykowali niedawno zmarłemu gitarzyście Motorhead, Philowi Campbellowi. Na zakończenie setu podstawowego "Don't Cry".
Na bis pod sceną był już gęsty tłum, a tu zaskoczenie, bo zespół zagrał "Rebell Yell" z repertuaru Bill'yego Idola. Na wielki finał "Paradise City" - nie było konfetti, co najwyżej można było wznieść toast kuflem piwa.
Na pewno było to 1,5 godziny świetnej rozrywki i znakomita rozgrzewka przed prawdziwymi koncertami Guns N' Roses, które już 4 i 6 czerwca w Gliwicach. Hollywood Rose to sprawni muzycy i wykonawcy sceniczni, którzy może nie spowodowali rzucania staników na scenę, ale na pewno kilka damskich i męskich serc zabiło mocniej na dźwięki ulubionych kawałków. Czy jest sens istnienia cover bandów? Ja myślę, że nie tylko sens, ale lada chwila to będzie jedyna forma obcowania z muzyką rockowych dinozaurów. Wszelkie tribute'y Queenów czy Led Zeppelin to już jedyna szansa, żeby klasycznych kawałków w ogóle posłuchać na żywo. Nie ma się co wzbraniać przed takimi zespołami, ale jak jest okazja to trzeba jeszcze korzystać z oryginałów. A tych jak już wspomniałem, niestety z roku na rok jest coraz mniej.
Setlista:
00. Looney Tunes Theme (intro)
01. It's So Easy (cover Guns N' Roses)
02. Welcome To The Jungle (cover Guns N' Roses)
03. Estranged (cover Guns N' Roses)
04. You Could Be Mine (cover Guns N' Roses)
05. Pretty Tied Up (cover Guns N' Roses)
06. November Rain (cover Guns N' Roses)
07. Love Theme From The Godfather (cover Guns N' Roses)
08. Sweet Child O' Mine (cover Guns N' Roses)
09. Civil War (cover Guns N' Roses)
10. Nightrain (cover Guns N' Roses)
11. Knockin' On Heavens Door (cover Guns N' Roses)
12. Don't Cry (cover Guns N' Roses)
Bis:
13. Rebell Yell (cover Billy Idol)
14. Paradise City (cover Guns N' Roses)
Skład:
Péter Nagy - wokal
Sándor Tátrai - gitara prowadząca
Zoltán Kanyó - gitara rytmiczna Lajos Vilmányi - gitara basowa Dávid Zsiborás - perkusja
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz