TOP 10 PŁYT 2025
Aaaach, pod względem muzyki to był dla mnie rok szalony i zdecydowanie rekordowy pod względem liczby zaliczonych koncertów. Dość powiedzieć, że na blogu pojawiło się aż 40 relacji - aktualnych, zaległych i archiwalnych. As Koncertowy odetchnął po 2024 roku, w którym zajmowały go inne sprawy i nadrobił ten czas z nawiązką. Po chwilowym zachwycie polskim rapem i innymi gatunkami muzycznymi, tym razem wróciłem do rock n'rollowych korzeni, co będzie uwidaczniał poniższy ranking. Jeśli chodzi o koncerty to kontynuowałem podróż po występach artystów dotychczas nie widzianych na żywo i zdecydowanie się nie zawiodłem. Takie otwarcie muzycznego umysłu na nowe doznania dobrze mi zrobiło. Do minimum natomiast ograniczyłem koncerty starych polskich rock n' rollowych bandów (wyjątkiem T.Love ze swoją dramą i Elektryczne Gitary niewidziane przeze mnie od lat 90.), bo nie widzę tu już żaru, ani chęci - zarówno do grania jak i nagrywania.
A patrząc już stricte pod kątem płyt - 2025 rok był czasem dalszej zmiany dystrybucji muzyki, co przekłada się bezpośrednio na jakość wydawnictw. Królują bardzo krótkie albumy - dziś już rzadko kto nagrywa powyżej 40 minut. Standardem w branży jest też wypuszczanie 4-5 singli przed premierą albumu, co oznacza, że słuchacz praktycznie w połowie wie co będzie zawierał krążek. Niektórzy wydają tylko single, bo uznają, że cały album nie ma już racji bytu w obliczu wszechobecnego streamingu. Ja staram się jednak "konsumować" album w całości, ale takich starych wilków nie zostało już wielu.
MUZYCZNE PODSUMOWANIE ROKU
Z ciekawostek z muzycznego świata na pewno warto wspomnieć o udanym reunionie Oasis, którzy wyprzedali na pniu swoją trasę. Bracia Gallagher nie tylko się nie pokłócili, ale imponowali profesjonalizmem. Może dotrą kiedyś i do Polski, na razie w 2026 roku robią sobie ponoć przerwę.
Najgłośniejszym wydarzeniem był na pewno pożegnalny koncert Ozzy'ego Osbourne'a w Birmingham, pod nazwą "Back To The Beginning". Swoim rozmachem i liczbą legend na scenie, przypominał słynny koncert na Wembley w 1992 roku - "Freddie Mercury Tribute Concert". Ozzy już mocno schorowany, chciał ostatni raz zaśpiewać dla swoich fanów i wyszło to bardzo wzruszająco, zwłaszcza jak rozpoczął "Mama, I'm Coming Home". Wtedy jeszcze nikt nie wiedział co się stanie 3 tygodnie później. Koncert zaszczycili swoją obecnością (i każdy grał piosenki z repertuaru Black Sabbath) m.in. Metallica, Guns N' Roses, Slayer, Tool, Pantera, Halestorm, Rival Sons i dwie supergrupy, które stworzył specjalnie na tą okazję Tom Morello. Wśród tych wszystkich artystów przed światem objawił się niesamowity talent, niejakiego Yungbluda, który fantastycznie wykonał utwór "Changes". A co może jeszcze lepsze, zrobił takie wrażenie na obecnych tam weteranach, że Aerosmith wrócili do żywych i nagrali z nim kilka kawałków. Warto śledzić jego karierę - oby nie skończył jak wielu innych (ktoś jeszcze pamięta o Maneskin?).
W polskim piekiełku muzycznym zastój i wg mnie nie pojawił się nikt nowy, kto by zrobił jakąś furorę. Męskie Granie straciło impet, więc światek żył m.in. aferą związaną z wyrzuceniem przez Muńka z T.Love dwójki muzyków (Jan Benedek i Sidney Polak) i chorobą Kazika, który trafił w ciężkim stanie do szpitala i musiał odwołać swoje koncerty aż do kwietnia. Zdrowia Kaziu!
ODESZLI
Największą stratą dla świata muzyki była oczywiście śmierć Ozzy'ego, zaledwie kilka tygodni po wspomnianym już koncercie pożegnalnym. Więcej o zmaganiach wokalisty z chorobą możecie się dowiedzieć z dokumentu "No Escape from Now", który w Polsce jest dostępny na Sky Showtime i opowiada historię wokalisty aż do pamiętnego występu w Birmingham. Jednak nawet ten film pomija jeden aspekt, który wydaje mi się tu kluczowy, a który mignął mi w jakiejś rolce na Youtubie. Mianowicie Ozzy mówi tam, że na czas przygotowań do koncertu odstawił leki m.in. na Parkinsona, tak coś czuję, że to okazało się dla niego zabójcze. Ale muzyczne pożegnanie miał najpiękniejsze z możliwych.
Inne znane nazwiska, które opuściły nasz muzyczny światek to m.in. Marianne Faithfull (muza Micka Jaggera), Roy Thomas Baker (współtwórca "Bohemian Rhapsody"), Brian Wilson (lider The Beach Boys), Stanisław Sojka (zasłabł po próbie przed festiwalem w Sopocie), Ace Frehley (gitarzysta Kiss), Jacek "Koniu" Śliwczyński (basista T.Love Alternative) i Chris Rea (autor takich hitów jak "Driving Home For Christmas" czy "Road To Hell"). Ale jednak nikogo ważniejszego niż Ozzy w tej grupie nie było. Posłuchajmy ...
KONCERTY
"Ludzie, ludzie, oszalałem" jak mówił Franek Dolas w filmie "Jak Rozpętałem II Wojnę Światową". Tak, oszalałem bo tych koncertów było w sumie 19! Tak generalnie to korzystałem z życia bo rozstrzał artystów, których widziałem (od Kwiatu Jabłoni po Iron Maiden) jak i miejsc w których grali (od restauracji w Łomiankach po Stadion Narodowy) był całkiem spory. Rekordową ilość razy odwiedziłem Torwar (aż 6 razy), co mnie niezmiernie cieszy, bo w ostatnich latach Warszawa była raczej koncertową pustynią jeśli chodzi o koncerty halowe. To właśnie tu widziałem najlepszy koncert 2025 roku, czyli Comę, która miała poziom absolutnie światowy jeśli chodzi o produkcję i wykonanie. Poza tym świetne występy na Torwarze dali Alanis Morisette i Queens Of The Stone Age, a nawet wspomniany już Kwiat Jabłoni - już się nie dziwię skąd ich popularność. Jak zwykle niesamowici byli Dirty Honey - oni zasługują na większy obiekt! Poza tym dwukrotnie się przełamałem i odwiedziłem Narodową Studnię Koncertową - niestety kompletnie popsuty dźwiękowo był show Gunsów (na szczęście w 2026 grają w Gliwicach i to dwukrotnie), za to zaskakująco nieźle było słychać Iron Maiden. Odbyłem również dwie sentymentalne podróże - jedna na plus, czyli Elektryczne Gitary (a wcześniej Kuba Sienkiewicz solo), druga na minus tj. Happysad. Świetny koncert dali też T.Love - może te zmiany w składzie przywrócą im rock n' rollowego ducha na dłużej. Niesamowita energia jak zwykle panowała na występie Ewy Farnej. Nieźle, choć krótko, zaprezentowała się też Patrycja Markowska.
Wszystkie moje relacje znajdziecie tu: http://www.askoncertowy.pl/search/label/koncerty
PS. Z jednego brakuje relacji, ale jest to zabieg celowy, bo na koncert Blanki w Łomiankach poszedłem nie z własnej woli, tylko na prośbę córki i w sumie trzymając ją na własnym garbie, robiłem tam za wielbłąda, żeby lepiej widziała, niż za pełnoprawną publiczność 😄
Co w planach na 2026? Zaczynam już niebawem, od powtórki Kuby Sienkiewicza, samotnego artysty-lekarza z gitarą. Bilety mam też (oczywiście) na Gunsów, Foo Fighters, Garbage i Zalewskiego (tu będzie debiucik). Niestety nie upolowałem kolejny rok z rzędu biletów na Metallikę - dziwne bo kiedyś aż takiego hype'u na nich nie było. Pozaznaczane mam też inne ciekawe koncerty, ale jak zwykle okaże się w praniu co z tego wyjdzie. Tak tu tylko wypiszę dla siebie, żeby sprawdzić za rok - Dire Straits Legacy, SBB, Marylin Manson, Rose Tatoo, Europe, Deep Purple.
PŁYTY
Przejdźmy do tego co najważniejsze, czyli corocznego rankingu płyt. Dla nowych czytelników przypomnienie zasad. A te są proste jak świński ogon - oceniam tylko albumy z nowymi piosenkami wydane w 2025 roku - bez kompilacji, EP-ek, płyt live, reedycji czy edycji specjalnych. Ocenie poddałem w sumie 91 płyt, które oceniałem w skali od 0 do 10 (najwyższa ocena to 8 - dla kogo to zobaczycie poniżej, a najniższa to 0,5 dla zespołu Deafheaven, który w komentarzu na własne potrzeby określiłem jako "Behemoth przy tym to jak kołysanki dla dzieci. Brzmią jak Jim Carrey parodiujący Napalm Death.").
Dobrym źródłem do śledzenia ciekawych artystów było ustawienie subskrypcji na Youtube występów muzycznych w amerykańskich talk-show np. u Jimmy'ego Fallona czy Jimmy'ego Kimmela. To tam pojawiają się często artyści, którzy potem trafiają do Europy na duże festiwale (Alert: Zapiszcie sobie artystkę - Olivia Dean, za chwilę to będzie wielka światowa diwa!). Doszedłem do wniosku, że jednak tego wszystkiego jest za dużo. Ze zdecydowanej większości albumów byłem w stanie wyłapać jeden, max dwa interesujące kawałki, a cała reszta to jest muzyka, którą już słyszałem w milionie różnych konfiguracji u różnych artystów. Oczywiście najgorsza jest radiowa papka, po 3-3,5 minuty. To już ciekawsze są produkcje, które generuje AI - w sumie to trochę przerażające jak dobre kawałki potrafi zrobić sztuczna inteligencja. Dlatego w tym roku moje uznanie zyskały głównie produkcje hard-rockowe, czyli coś z czego wyrosłem i co mi płynie w żyłach.
Przed właściwym rankingiem, jeszcze wzorem poprzednich lat umieszczam po 5 pozytywnych i negatywnych zaskoczeń w minionym roku. I nagany wcale nie oznaczają, że to najgorzej ocenione płyty w rankingu, ale to że tych artystów stać na dużo więcej. Z kolei wyróżnienia dla płyt, które czymś zaskoczyły, ale jednak tego efektu było zbyt mało, żeby się dostać do pierwszej "10".
Nagany:
- Hayley Williams - Ego Death At A Bachelorette Party - Nawet moja żona wie, że Hayley to mój "crush" - lecz tym razem "ruda z Paramore" mocno odbiegła od moich oczekiwań. Z jednej strony te utwory w wersji live brzmią dobrze (kilka nagrań widziałem), ale z drugiej ciężko mi strawić Hayley w takiej spokojnej odsłonie, choć na żywo pewnie bym zmienił zdanie. Czekam jednak na nową muzykę od Paramore.
- PRO8L3M - EX UMBRA AD LIBERTATEM - Kryzys twórczy, a nawet chyba powiem mocniej - jakiś problem alkoholowo-towarzyski jest w zespole. Albo jakiś element terapii uzależnień co słychać w tekstach. Szkoda, bo to był dla mnie wyznacznik dobrego polskiego rapu.
- The Black Keys - No Rain, No Flowers - Liczyłem na kawałek dobrego bluesa, a dostalem miałki album ze słabymi melodiami i bez charakterystycznego bujania.
- Lady Pank - LP45 - Niestety nic specjalnego. Dalej 'plumkanie' pod radio bez przesłania i kontrowersji, zamiast czegoś ostrzejszego. Ostatnia płyta Panków, która była ważna dla ich fanów to "Strach Się Bać" z 2007 roku - prawie 20 lat .. Normalnie strach się bać!
- Volbeat - God Of Angels Trust - Poprawna metalowa płyta, ale ja tu słyszę za dużo nawiązań do tego co już Volbeat nagrali kiedyś. Efekt nowego gitarzysty?
Wyróżnienia:
- New Street Adventure - What Kind Of World? - Do końca się zastanawiałem czy to nie będzie nr 10. Jakie to dobre. Jak buja. Coś takiego próbował na polskim rynku zrobić Kuba Badach, ale on jest sztywny jak kij od szczotki. A tu soulowy luz od pierwszej do ostatniej minuty i się płynie przy tej muzyce, ach ...
- Wolf Alice - The Clearing - Cudownie surowa muzyka w czasach wszechobecnej elektroniki.
- Arek Jakubik - Romeo i Julia Żyją - Zaskakujący concept album, historia Romeo i Julii z Piaseczna w formie muzycznego reportażu. Najciekawiej jest jak Jakubik soczyście zaklnie, żeby przełamać tą pseudopoetyckość. To jest dużo lepsze niż Dr Misio. I propsy za psa Bazylka - hau, hau 🐕
- Wiraszko - Tak Młodo Się Nie Spotkamy - Momenty są. Nawet kilka ponadprzeciętnych, ale po świetnym początu, trochę zaczęło wiać nudą, lecz to i tak lepsze niż większość pozycji dostępnych na rynku.
- Paulina Przybysz - Insides - Panna Przybysz próbowała stworzyć coś w stylu amerykańskiego slow-recitalu na pianinie. Na początku płyty jej maniera w głosie mocno mnie deprymowała. Za to końcówka jest znakomita.
Dam też mały plusik wokalistcem, która nawet do spożywczaka lata odrzutowcem 😆 Co jak co, ale Taylor Swift umie w show business. Chwytliwe melodie, przy drugim przesłuchaniu nóżka sama tupie. I nawet wyrastającą konkurentkę, ni(e)jaką Sabrinę Carpenter zaprosiła do zaśpiewania tytułowej piosenki z jej nowej płyty ("The Life Of A Showgirl") - tak się zachowuje lider w peletonie - tym gestem zapewne zdobyła sporo fanek(-ów) rywalki ze sceny. Marketing jak się patrzy.
TOP 10
Panie i Panowie, doszliśmy do momentu kulminacyjnego. Po tym przydługim wstępie, prezentuję Wam moje subiektywne TOP 10 płyt w 2025 roku:
10. The Darkness - Dreams On Toast
Ktoś tu chyba ostatnio dużo słuchał Queenów. W "Longest Kiss" słychać inspirację "Bicycle Race", a "Hot On My Tail" to przecież wykapane "39". Linii melodycznej na pianinie w "Don't Need Sunshine" nie powstydziłby się sam Freddie. Z kolei w "Mortal Dread" pojawia się riff rodem z Angusa Younga. Ale żeby nie było, że to tylko plagiaty, to jest dużo The Darkness w The Darkness. Mamy znakomity rocker na otwarcie "Rock N' Roll Party Cowboy" oraz "Walking Through Fire" bardzo w stylu ekipy brytyjskiej grupy.
Album to klasyka rocka - bardzo piosenkowy z udziałem pianina i przesterowanej gitary. Czas ekipę Justina Hawkinsa zobaczyć na żywo.
9. Elton John & Brandi Carile - Who Believes in Angels?
Zaskakująco dobry duet. Elton subtelnie schowany, ale jak trzeba to dokłada swoje charakterystyczne 3 klawisze. Niestety doniesienia o stanie zdrowia muzyka (kłopoty ze wzrokiem) każą sądzić, że była to jego ostatnia muzyczna droga. Utwór "When This Old World Is Done With Me" brzmi nawet trochę jak pożegnanie - swoją drogą ta cudowna ballada jako jedyna jest zaśpiewana solo.
Płytę nagrywał cały zestaw znakomitych muzyków m.in. Chad Smith (RHCP), Andrew Watt czy Josh Klinghoffer (ex-RHCP), dlatego muzycznie tu nie ma się do czego przyczepić. Znakomity jest rozpędzony (w Eltonowym stylu) rocker "Little Richard's Bible". Niewiele mu ustępuje roztańczony "Swing For The Fences". Mamy też "The River Man" w stylu country, który jest bliski Brandi Carile, ale Elton to doświadczony wyjadacz i sprawdzi się w każdych warunkach. W takim "A Little Light" słychać jak doskonale uzupełniają się wokale pianisty i panienki Carile.
Płyta mocno mnie zaskoczyła na plus. Elton miewał już lepsze i gorsze duety, ale ten jest świetny. I tak odkryłem, że ciągnie mnie coraz częściej w kierunku country. Starość, Panie starość!
8. Rusty Pine - Rusty Pine
Już w 2024 roku z wielką uwagą wysłuchałem EP-ki zespołu Rusty Pine. Takich zespołów już dziś nie ma, przynajmniej w Polsce. Southernowe granie rodem z lat 70., przepiękna bluesowa gitara i mocny, wyraźny kobiecy głos. Za całość muzycznie odpowiada Krzysztof Zagajewski (na co dzień gitarzysta u Patrycji Markowskiej) - on się jeszcze pojawi w tym zestawieniu, ale w tym projekcie towarzyszy mu siostra Katarzyna Zagajewska, która zaśpiewała wszystkie numery. A te są świetne. Budująca napięcie "Orchidea", okraszone świetnym riffem "Echo", pulsująca basem "Pustka" i trochę takie zeppelinowskie "Gdzie Jest Mój Dom?".
Jedyne do czego można się przyczepić to teksty, proste, rzekłbym nawet infantylne ("Dziewczyno!"), bez metafor i głębszego przesłania, ale może taka była koncepcja. W każdym razie całość jest powiewem świeżości polotu i finezji na tym smutnym jak pizda mieście rynku muzycznym w Polsce.
7. Alice Cooper - The Revenge Of Alice Cooper
Alice Cooper zebrał żyjących członków zespołu z którymi nagrywał na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku i nagrał znakomity, równy rockowy album. Taki trochę stonesowski ("I Ain't Done Wrong"), z którego klasyka rock n' rolla przebija pełną gębą. "Revenge" (Rewanż) w tytule to na niedowiarkach, że można nagrywać jeszcze świetne płyty w tym wieku.
Tekstowo ta płyta jest w pewnym sensie podsumowaniem i rozliczeniem z gwiazdorskim życiem. Takie "See You On The Other Side" to już chyba oficjalne pożegnanie z kolegami. Z drugiej, trochę tęsknoty za tym jak świat stał przed panami otworem (np. "Wild Ones" czy "Up All Night"). Gęsty od riffów i solówek "Crap That Gets In The Way Of Your Dreams" trochę przypomina dokonania The Darkness, z kolei "What A Syd" brzmi jak temat filmowy - coś jak połączenie Blues Brothers z Różową Panterą. Niezły jest też bluesowy kawałek "Intergalactic Vagabond Blues". Jeśli to miało być pożegnanie z tą ekipą, to nie mogło wyjść lepiej. A Alice solo na pewno nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
6. Joe Bonamassa - Breaktrough
Widać, słychać i czuć, że blues płynie w krwioobiegu Bonamassy. Takie "Drive By The Exit Sign" buja jak karuzela, "Pain's On Me" to ZZ Top w czystej postaci, a w "You Don't Owe Me" mamy rozpędzone gitary, klawiszowe tło i sen o Jimmy'm Page'u. Mamy też ujmującą balladę "Broken Record" i wręcz wzorcowego bluesa w postaci "I'll Take The Blame", którego nie powstydziłby się sam B.B. King.
Doskonały, klasyczny album bluesowy. W końcu to jeden z mistrzów gatunku, nic dziwnego, że bilety na jego występy kosztują fortunę. Najbliższa okazja już 11 listopada w Hali Stulecia we Wrocławiu, ale wraca do naszego kraju średnio co rok, więc następna okazja zapewne w 2027 😄
5. Mammoth - The End
Syn sławnego Eddie'go Van Halena, Wolfgang ma swój zespół i na własny rachunek jako Mammoth VVH kontynuuje rodzinne, rockowe tradycje. Spędzanie czasu w trasie w towarzystwie takich muzyków jak Slash, Myles Kennedy czy Mark Tremonti (Alter Bridge) dało swoje efekty i płyta "The End" to świetny gitarowy album. Zresztą producentem jest Michael "Elvis" Baskette, ten sam, który zwykle towarzyszy w studiu wymienionym przed chwilą panom. Soczyste riffy i perkusja na pierwszym planie, to jego znaki szczególne. Np. "One Of A Kind" czy "I Really Wanna" pachną na odległość albumami Alter Bridge. Ale to broń Boże nie zarzut. Co ciekawe Wolfgang sam nagrał wszystkie instrumenty i wokal - normalnie człowiek orkiestra. W "The End" to jakby sam tatuś Van Halen przebierał palcami po gryfie. Z kolei "Happy" ma zalążki na coś więcej niż zwykły rockowy kawałek.
W tym roku będę miał okazję usłyszeć Mammoth'a co najmniej dwukrotnie (przed GN'R w Gliwicach), a może i trzykrotnie (w listopadzie koncert solo w Progresji). Album muzycznie top, jedynie do wokalu nie mogę się przekonać, jak dla mnie jest mało wyrazisty - sam Wolfgang jest lepszy gitarzystą niż śpiewakiem.
4. Lady Gaga - Mayhem
Madonna naszych czasów wróciła z kapitalnym albumem. Widziałem ją dwukrotnie na Coachelli (znaczy na Youtubie) i nowy materiał jest równie dobry, co jej największe hity typu "Poker Face" czy "Bad Romance". W końcu porządny poziom całej płyty, bo ostatnio było bardzo nierówno (album "Chromatica"), albo filmowo (soundtracki do "A Star Is Born" i "Joker: Folie a Deux"). Choć tą inspirację muzyką filmową słychać np. w "Blade Of Grass" - to by pasowało nawet pod jakiegoś nowego Bonda.
Hitami na pewno są "Abracadabra", "Garden Of Eden" i "Perfect Celebrity". Dobre uzupełnienie koncertowej setlisty stanowią natomiast "Killah" czy "LoveDrug". Na koniec mamy duet z Bruno Marsem "Die With A Smile", ale szczerze mówiąc jego blask blednie przy reszcie płyty. Całość jest bardzo taneczna i (nie wiem czy to poprawne określenie) bardzo piosenkowa. Nie ma kawałków "na siłę", album wydaje się przemyślany od A do Z i wprost stworzony pod granie przed dużą publicznością. Lubię takie powroty w chwale - mam nadzieję, że kiedyś zdoła dotrzeć do Polski.
3. Patrycja Markowska - Obłęd
Ot i zaskoczenie, nawet dla mnie, ale już poprzednia płyta Markowskiej była niezła ("Wilczy Pęd" z 2022). Pulsujący bas przenika się tu ze zmysłowym głosem wokalistki i bardzo osobistymi tekstami ("Miłość, Wiara, Nadzieja" jak mówi Patrycja, to najważniejszy tekst jaki napisała w życiu). Na koncercie w Stodole cały repertuar wypadł klimatycznie, ale te kompozycje nadają się nawet bardziej pod mały, zadymiony klub. Muzycznie za całością stoi Krzysztof Zagajewski (ten od wspomnianego już Rusty Pine) i Adrian Szczotka (basista grupy) - jest trochę elektroniki i ciekawych dźwięków, ale całość jest jednak płytą rockową. Co ciekawe nagraną w studiu na tzw. setkę za jednym zamachem. I ta intymna atmosfera co rusz przebija do świadomości słuchacza - to że słychać głosy dzieci albo tekst Markowskiej, że gdzieś tam się pomyliła, to celowy zabieg, żeby oddać w całości ducha tej płyty.
Co do utworów - "Obłęd" ma obłędnie pulsującą linię basu, a "Karminowy" wprost ocieka erotyzmem (Markowska śpiewa do ucha, że "przynosisz mi rozkoszny haj" - weź się człowieku nie wzdrygnij w tym momencie). Z kolei "Flauta" to kolejne osobista historia zaśpiewana przez wokalistkę. Potem mamy"Wróć", który akustycznym klimatem przypomina dokonania Perfectu z ostatnich płyt z Markowskim np. "Ta Sama Krew" z płyty "Muzyka". Świetne jest też "Kino", ze swym tanecznym vibe'm. W którymś z podcastów artystka mówiła, że tym razem zespół postanowił nagrać muzykę która podoba się im, a nie wytwórni - do mnie przemówiła od razu, a jej urok trzyma mnie do dziś. Polecam wysłuchać w ciszy na słuchawkach, dopiero wtedy czuje się pełną moc tego krążka.
2. Turnstile - Never Enough
Na albumie "Never Enough" zespół Turnstile urywa łebki i nie bierze jeńców. Perkusja i gitary gnają przed siebie, dając słuchaczowi porządne metalowe łojenie w połączeniu z muzyką elektroniczną, która akurat tu dodaje kolorytu. Jedynie wokal z pogłosami tu nie pasuje, a tak biłby się w moim zestawieniu o nr 1. "Sole" to energetyczna petarda od pierwszej do ostatniej sekundy. "Dull" i "Birds" rozkręcają się powoli, żeby potem dowalić potężnym riffem. Ze spokojniejszych kawałków wybija się "Seeing Stars". W "Dreaming" słychać trąbkę, zapętloną perkusję i generalnie pod względem muzycznym to chyba najbardziej ambitna kompozycja na płycie, ale mi kompletnie nie przeszkadza, że chwilę później dostaję punkowym riffem od "Sunshower".
Długo się zastanawiałem gdzie tu szukać podobieństw do artystów z przeszłości i nic mądrego mi nie przyszło do głowy (może chwilami Limp Bizkit?). Album zdobył nagrodę Grammy, całkiem zasłużenie. A dla mnie to miłe zaskoczenie, bo śledzę ten zespół od dawna i nigdy nie podzielałem zachwytów krytyków i recenzentów muzycznych. Tym razem poproszę o powtórkę w tym klimacie muzycznym za jakiś czas.
1. The Hives - The Hives Forever Forever The Hives
Potężna dawka energii zmieszczona w 33 minutach. Świeżo, mocno i dynamicznie. Rock n' roll skrojony na miarę słuchacza punka, rocka, metalu i wszystkich gatunków pokrewnych. Od pierwszego przesłuchania wiedziałem, że to będzie mój nr 1 w minionym roku. Tu jest wszystko co tygryski lubią najbardziej - moc, gniew, bunt, odwaga i energia. Do tych piosenek można śpiewać, tańczyć, skakać i właściwie nie ma się dość. Ależ to musi chodzić na żywo - muszę koniecznie ich gdzieś złapać w najbliższych miesiącach/latach.
Każda piosenka mogłaby być singlem, więc jeśli początkowe "Enough Is Enough" jest dla Was zbyt mało dynamiczne, to zaraz wjeżdża "Hooray Hooray Hooray" i zbieracie szczękę z podłogi, a The Hives zaledwie się rozgrzali. Ta płyta to cała seria świetnych numerów - "Bad Call", "Legalize Living" czy "Born A Rebel" - nie wiadomo, który lepszy. A takie "Path Of Most Resistance", który mówi o dążeniu do celu ścieżką największego oporu to idealne zwieńczenie tej płyty i mojego rankingu, bo żeby dotrzeć do nr 1 musiałem wysłuchać mnóstwa słabych płyt i piosenek, które się do niczego nie nadawały. A wszystko po to, żeby na koniec cieszyć się taką perełką. Zdecydowanie zatem "Forever The Hives" - przynajmniej w 2025 roku! Rozkręćcie pokrętło w waszych urządzeniach i nabuzujcie się tą energią.
PS. Trzeba też pamiętać, że The Hives to szwedzki zespół, który na anglojęzycznym rynku musi rywalizować z setkami zespołów z USA i Wielkiej Brytanii, więc wcale nie ma łatwo. Ale biorąc pod uwagę, że Szwecja wypuściła już w świat tyle muzycznych perełek (Abba, Roxette, Europe, Ghost) to kolejna tylko potwierdza regułę i potencjał tamtego przemysłu muzycznego.
I na sam koniec, ponad 12,5 godziny i 190 wybranych piosenek z przesłuchanych płyt. Gdyby oczywiście Wam się nudziło w te mroźne dni. Miłego słuchania!
PS. Zapraszam na bloga częściej. Oprócz bieżących relacji z koncertów, w kolejce czeka kilkadziesiąt wpisów ze starej wersji bloga i kilka felietonów, które zacząłem już pisać.
PS2. A na sam koniec ostatnie wspomnienie Ozzy'ego 🦇

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz