piątek, 19 lipca 2019

Bon Jovi, Warszawa @ Stadion Narodowy, 12.07.2019.


TRZEBA WIEDZIEĆ KIEDY, ZE SCENY ZEJŚĆ ...

Bon Jovi to już jeden z ostatnich artystów, których chciałem zobaczyć na żywo, zanim umrą skończą karierę. Ominął mnie ich koncert w Gdańsku kilka lat temu - wtedy jeszcze z Richie Samborą na pokładzie, ale co się odwlecze to nie uciecze. Z mojej perspektywy Bon Jovi skończyło się na "It's My Life" w okolicy roku 2000, z czasów późniejszych raczej nic mi nie przypadło do gustu. Śledząc poczynania grupy i nagrania z ich ostatnich występów trudno było być optymistą, zwłaszcza w kwestii formy wokalnej wokalisty - Jona Bon Joviego. I niestety ten czarny scenariusz znalazł potwierdzenie w Warszawie. Do tego doszły słynne już akustyczne problemy Stadionu Narodowego przez co większość wieczoru stała pod znakiem walki z doznaniami słuchowymi, zamiast cieszyć się występem jednej z najbardziej przebojowych grup w historii hard rocka.

Zacznijmy jednak od kwestii organizacyjnych. Stadion Narodowy mimo wielu swoich wad ma jedną niekwestionowaną zaletę - parking. Ogromny i świetnie zorganizowany. Można spokojnie przyjechać 5 minut przed koncertem i bez długotrwałego szukania miejsca być blisko bram wejściowych. Potem tylko szybka, pobieżna kontrola i biegiem na trybuny. Trybuny - no właśnie, koszmar i przekleństwo Narodowego, które odczarowali dźwiękowcy Rolling Stonesów rok temu, ale raczej nikomu więcej się to nie udało. Niestety ceny biletów na koncerty powodują, że nie każda miejscówka jest godna proponowanej przez organizatora kwoty i często wybiera się mniejsze zło - czyli zobaczyć artystę nawet kosztem niedogodności.


Wraz z małżonką dotarliśmy na pierwsze dźwięki "This House Is Not For Sale". Znaczy tak wynika z setlisty, bo bez pomocy setlist.fm nie byłbym w stanie zidentyfikować kilku pierwszych kilku utworów. Ściana dźwięku bez ładu i składu, potworny zlewający się w jedną całość hałas gitar pomieszanych z dudnieniem bębnów i dramatycznie słabo przebijającym się wokalem. Jeden z najlepszych kawałków Bon Jovi, czyli "You Give Love A Bad Name" nie sprawił mi żadnej radości, a jedynym jego plusem było to, że publiczność zagłuszyła śpiewem irytujące nagłośnienie. Pierwsze 30-40 minut było zatem stratą czasu i oczekiwaniem na pracę dźwiękowców, którzy z każdą minutą zaczęli coraz sprawniej ogarniać temat. Pierwsze symptomy poprawy zauważyłem na "Runaway", który porwał tłum do zabawy od dynamicznego fortepianowego intra w wykonaniu Davida Bryana, aż po popisy gitarzystów, w szczególności Phila X, który okazał się znakomitym zastępcą legendy BJ - Richiego Sambory. Ogólnie wraz z poprawą akustyki wyłonił się zespół znakomitych i sprawnych muzyków i instrumentalistów.


Zgrany team Bon Jovi miał tego wieczoru (a podejrzewam, że nie tylko tego) niestety jeden bardzo słaby, newralgiczny punkt - wokalistę. Ząb czasu nadgryzł możliwości wokalne Jona w bardzo smutny sposób. Nie wiem, czy przyczyną słabej formy jest jakaś choroba, czy też zwykłe lenistwo w pracy nad sobą. Konkluzja jest taka, że przykro było patrzeć jak Jon Bon Jovi męczy się z każdym kawałkiem, nie mogąc wykrzyczeć najprostszych wydawałoby się fraz, z którymi do tej pory nie miał żadnego problemu. Głos się zawieszał, drżał i łkał - w wielkim skrócie, wielki bełkot zamiast czystego śpiewu. Bardzo często stosowanym zabiegiem było wspomaganie wokalne w postaci chórków przez pozostałych członków zespołu, co trochę przykrywało słabą dyspozycję wokalisty. Jon próbował nadrobić swój kryzys showmaństwem i to wychodziło mu znakomicie - uśmieszki, oczka puszczane do kamery, sterowanie emocjami publiki - to ma opanowane na najwyższym poziomie. Gdyby do tego doszedł jeszcze sprawny głos to odbiór tego koncertu miałbym zgoła inny. Dla Jona Bon Joviego lepiej by było gdyby wredna akustyka trwała cały koncert, bo wtedy nie byłoby go słychać.


A tak koncert rozkręcał się z minuty na minutę i trzeba było przełknąć wszelkie niedogodności związane z jego odbiorem, próbując wyciągnąć z tego show wszystko najlepsze co się dało. A nie brakowało znakomitych solówek gitarowych i klawiszowych. Wspaniale było usłyszeć hity, które katowałem w młodości do zerwania taśmy w kasetach, czyli "Keep The Faith" czy "Bed Of Roses". W ogóle "Keep The Faith" to jedna z moich ulubionych płyt z lat 90., dlatego żałuję, że nie dane było mi usłyszeć np. "In These Arms" czy przede wszystkim "Dry County" z tegoż właśnie albumu. Ale na zestaw hitów nie można było narzekać - "It's My Life" (wielki przebój przypadający na koniec mojej podstawówki na równi z "Czerwonymi Koralami" Brathanków :D) czy westernowy "Wanted Dead Or Alive", zachęcały do zabawy. Miłym zaskoczeniem okazał się "Roller Coaster" z ostatniej płyty, coś czego wcześniej nie słyszałem.


Do samego końca było już bardzo przebojowo - "Lay Your Hands On Me" (z Jonem wśród publiczności), "I'll Sleep When I'm Dead" i na koniec setu podstawowego "Bad Medicine". Osobne zdanie należy się jeszcze bardzo fajnej scenie podzielonej na 3 wielkie ekrany, a na nich absolutnie rewelacyjne animacje i przekaz ze sceny - wszystko spójne i mocno ubarwiające oglądanie koncertu.


A na bis ballada "I'll Be There For You" i nieśmiertelne "Livin' On A Prayer" z refrenem zaśpiewanym przez fanów tak głośno, że aż sam Jon się wzdrygnął. Ten hit ma moc, mimo upływu lat. Uwielbiam to granie "paszczą", co skutecznie zrobił w tym przypadku Phil X. Co jeszcze? Chciałbym podkreślić znakomitą grę perkusisty Tico Torresa - facet ma mięśnie ze stali i wali w te bębny z taką siłą, że aż czuć to przez skórę. Zatem zespół na plus, wokalista i akustyka na minus. Ogólnie fajny koncert, dobrze było móc się cofnąć w czasie do znakomitych lat 80. i 90. Natomiast Jon Bon Jovi powinien się poważnie zastanowić czy w takiej formie wokalnej dalej nabijać ludzi w butelkę bazując na nazwie zespołu czy też wziąć się za siebie i odwołać pozostałe koncerty, czym sądzę, że zyskałby szacunek i sympatię wielu, którzy widzieli go na tej trasie. "Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym" jak śpiewał niegdyś Grzegorz Markowski.


Bon Jovi
12 lipca 2019 - Warszawa, Polska @ Stadion Narodowy

Setlista:
01. This House Is Not For Sale
02. Raise Your Hands
03. You Give Love A Bad Name
04. Born To Be My Baby
05. Whole Lot Of Leavin'
06. Lost Highway
07. Runaway
08. We Weren't Born To Follow
09. Have A Nice Day
10. Keep The Faith
11. Amen
12. Bed Of Roses
13. Roller Coaster
14. It's My Life
15. We Don't Run
16. Wanted Dead Or Alive
17. Lay Your Hands On Me
18. Captain Crash & The Beauty Queen From Mars
19. I'll Sleep When I'm Dead
20. Bad Medicine

Bisy:
21. I'll Be There For You
22. Livin On A Prayer

Skład:
Jon Bon Jovi - wokal, gitara
Tico Torres - perkusja
David Bryan - instrumenty klawiszowe
Phil X - gitara prowadząca
Hugh Mc Donald - gitara basowa
John Shanks - gitara
Everett Bradley - instrumenty perkusyjne

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz