Foo Fighters od dawna byli na mojej short-liście do zobaczenia (która robi się coraz krótsza), chociaż nie pamiętam jakiegoś specjalnego impulsu który by sprawił, że zacząłem ich słuchać. Na początku zespół wydawał mi się dziwny (teledysk do "Big Me"), a potem widziałem kilka nagrań z różnych festiwali i tą niebywałą, wręcz zaraźliwą energię Dave'a Grohla. I przepadłem na zawsze. Dlatego na bilet rzuciłem się już w przedsprzedaży, co jak się okazało było działaniem na wyrost. Z powodu beznadziejnej sprzedaży, nasze kochane Live Nation zamknęło całkiem górne trybuny i zaproponowały przenosiny niżej - w pierwszym rzucie na płytę (kazałem im spadać), a przy drugim podejściu na dolne trybuny (z braku innych opcji, przyjąłem propozycję).
Skoro koncert wyszedł organizatorom na stracie, to postanowili oszczędzić na czym tylko się da, dlatego np. wejście było wspólne dla wszystkich - i dla tych na płytę, i dla tych na trybuny. Wspólne były też kolejki do punktów gastronomicznych i toalet, co spowodowało tworzenie się kilometrowych kolejek. A nerki i plecaka nadal wnieść nie można, czym Live Nation po raz kolejny pokazał, w której części ciała ma karę od UOKiK. Ale już dosyć o naszych ulubieńcach.
Skłamię jeśli powiem, że znam cały repertuar Foo Fighters, choć na pewno słyszałem więcej piosenek niż przeciętny zjadacz chleba. Na koncert zabrałem żonę, wierząc że jej się spodoba. Nauczeni doświadczeniami z dotarciem na Narodowy o czasie, tym razem wybraliśmy komunikację publiczną, mimo że od stacji metra "Stadion Narodowy" jednak jest spory kawałek do przejścia. Na szczęście wszystko przebiega sprawnie.
Już na supporcie, dźwięk brzmiał krystalicznie czysto, co było zaskakujące, ale jednocześnie dawało nadzieję, że gwiazda wieczoru będzie "słyszalna". I była i od samego początku. Choć wieczór w Warszawie był raczej chłodny jak na czerwiec a wiatr hulał po trybunach z powodu pustek, to Dave Grohl od pierwszego riffu rozgrzał wszystkich obecnych. Na początek "All My Life", poprzedzony zapowiedzią, że "to będzie długa noc". Let's rock motherfuckers!
Zespół brzmiał wyraźnie i dawał czadu. Muzykom towarzyszyła ogromna scena, z dwoma ekranami po bokach, które zostały poprzedzielane jakimiś lampkami, co było trochę kiczowate, bo muzycy na telebimach wyglądali jakby byli za kratami. Ale w rock n' rolla to panowie potrafią znakomicie. Na "The Pretender" Grohl pytał się ze sceny czy lubimy rock n' rolla, bo oni tu przyszli zagrać "3 hour rock show" i dopiero się rozgrzewali. A fani się darli razem z wokalistką "Who Are You?".
Następnie "Rope" i "Learn To Fly", które zna już chyba każdy, głównie z teledysku gdzie Grohl jest przebrany za pilota, stewarda i pasażerkę jednocześnie. Znacie, co nie? Znów kłania się MTV z lat 90. Potem przez chwilę udawałem Greka, bo ani "Rescued", ani "Stacked Actors" nie słyszałem wcześniej. Ożywiłem się na "These Days" i "Walk", obydwa ze świetnej płyty "Wasting Light" - muszę do nie wrócić w najbliższych tygodniach. Dalej było "My Hero", mi się kojarzy głównie z koncertem wspominkowym po śmierci perkusisty FF Taylora Hawkinsa (choć jemu był zadedykowany utwór "Aurora" pod koniec setu), gdzie za bębnami zasiadł jego syn, Shane. Wyciskacz łez.
Tuż przed utworem "Big Me" (come one, to kolejny numer który zna każdy), lider FF przytoczył historyjkę, że przestali grać ten numer na wiele lat, bo ludzie rzucali w nich Mentosami, które znalazły się m.in. w teledysku. Grohl poprosił, że nie rzucać cukierkami, dlatego ludzie zaczęli rzucać ... wielkie dmuchane piłki, które Dave skwitował najpierw krótkim "what the fuck is going on?", a po zakończeniu numeru oznajmił "Poland, You won the whole tour". Znaczy zespół nie spodziewał się niespodzianki, a sam Grohl dopytywał jak piłki zostały wniesione? Cóż Live Nation, mimo, że zabiliście większość akcji koncertowych, to Polak potrafi obchodzić wasze durne przepisy, jeśli tylko chce.
Na zakończenie setu akustycznego "Time Like These", które rozpoczął Grohl samotnie na małej scenie, a zakończył cały zespół już w wersji w pełni elektrycznej. Niestety po powrocie na dużą scenę, znacznie pogorszyła się akustyka - nie był to dramat jak na Guns N' Roses rok temu, ale jednak pogorszenie jakości brzmienia było wyczuwalne.
W drugiej części setu dostaliśmy m.in. dwie nowości z nowej płyty - tytułowe "Your Favorite Toy" i "Caught In The Echo". Grohl przedstawił również zespół, w ramach czego każdy z muzyków zagrał i zaśpiewał po jednej zwrotce wybranej piosenki, głównie z repertuaru mało znanych zespołów, w których grali wcześniej. Dla hardcorowych fanów zespołu to na pewno była nie lada gratka, natomiast dla mnie trochę się to dłużyło, całość trwała ok. 15 minut, a najciekawsze z tego było jak Grohl zasiadł na chwilę za zestawem perkusyjnym, podczas gdy jako wokalista "produkował się" bębniarz Ilan Rubin. Te covery chyba stanowiły uzasadnienie to nazwania całej trasy "Take Cover Tour".
Poza tym nadal udawałem Greka i trochę z zazdrością pomieszanym z podziwem spoglądałem za siebie, gdzie pewne małżeństwo wyśpiewywało każde słowo z mniej znanych piosenek. Już wiem, jak ludzie na mnie patrzyli, jak się darłem podczas "Sorry" czy "Dead Horse" na Gunsach w Gliwicach. Pozytywnie pojebani - takich nam trzeba jak najwięcej. Pomiędzy robieniem dobrej miny do gry zespołu, rozpoznałem bardziej znane kawałki jak "Monkey Wrench" czy "Best Of You", które zamknęło podstawową część setu.
Na bis, rozbudowane kilkunastominutowe "The Teacher", muszę się wsłuchać na spokojnie o czym to jest numer, bo to może być Foo Fightersowy odpowiednik Gunsowej "Comy". Potem "Exhausted" z pierwszej płyty i "Everlong" na wielki finał trzygodzinnego rockowego show.
Muszę przyznać, że choć druga część koncertu mocno mi się dłużyła, to i tak był to jeden z lepszych dźwiękowo koncertów na tym beznadziejnym obiekcie (po Stonesach, a przed Iron Maiden). Pod kątem zawartości rocka w rock n' rollu to na pewno przekroczyło 120%. Grohl z kolegami wyrósł z kolebki gatunku, w końcu co było bardziej rockowego niż Nirvana w latach 90. Nie chcę się wypowiadać na temat pozostałych muzyków, bo znam ich słabo. Odeślę do niezłego dokumentu dostępnego ostatnio na Amazonie "Foo Fighters: Back and Forth", pokazującego proces formowania się zespołu i relacje między muzykami. Chciałbym ich jeszcze kiedyś zobaczyć w innych okolicznościach (festiwal? hala?), w każdym razie bawiliśmy się z żoną doskonale, a ja mogę ich na razie odhaczyć z listy "must see" i polować na kolejne zespoły, których jeszcze nie widziałem.
Setlista:
01. All My Life
02. The Pretender
03. Rope
04. Learn To Fly
05. Rescued
06. Stacked Actors
07. These Days
08. Walk
09. My Hero
10. This Is A Call
11. No Son Of Mine
12. Wheels (akustycznie)
13. Marigold (cover Late; akustycznie)
14. Big Me (akustycznie)
15. Under (akustycznie)
16. Times Like These (akustycznie)
17. La Dee Da
18. Your Favourite Toy
19. Invincible / Seven / One Headlight / Manimal / Tap Dancing in a Minefield (covers)
20. Monkey Wrench
21. Hey, Johnny Park!
22. Nothing At All
23. I'll Stick Around
24. Aurora
25. Caught In The Echo
26. Best Of You
Bis:
27. The Teacher
28. Exhausted
29. Everlong
Skład:
Dave Grohl - wokal, gitara prowadząca
Pat Smear - gitara
Chris Shiflett - gitara
Nate Mendel - gitara basowa
Rami Jaffee - instrumenty klawiszowe
Ilan Rubin - perkusja



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz