Ale wracając na warszawską Wolę. Izzy And The Black Trees, to rewelacyjna kapela jak na polskie warunki. Już w 2022 roku opisywałem ich debiutancki album jako "polski rock z mocno brytyjskim odcieniem", a od tego czasu wokalistka zdecydowanie poprawiła dykcję i teraz jest charyzmatyczną postacią z potężnym głosem i świetną energią. "Izzy" jak niejaka Izabela Rekowska sama o sobie mówi, złapała niezły kontakt z nieliczną jeszcze o tej porze publiką i na ostatni numer nawet pofatygowała się nawet ze sceny pod scenę, do prostego człowieka. W repertuarze sporo nowości, z tegorocznego krążka "Kisses To Chaos" (m.in. "Two Sides" i "Butch Vig" dedykowany muzykowi Garbage) plus kilka numerów, które mam już osłuchane jak "Liberate" czy "Devil On The Run". Oto Pani "Izzy" na zdjęciu poniżej. Serdecznie polecam allegrowicza.
Czas na gwiazdę wieczoru. Garbage słuchałem trochę w latach 90., potem o nich zapomniałem i wróciłem do tej muzyki jakoś w ubiegłym roku. Raz, że wydali całkiem niezłą płytę "Let All That We Imagine Be Light", którą w swoich notatkach do rankingu Top 10, określiłem jako "inspirujące tekstowo i nowoczesne brzmieniowo. Świetny głos Shirley. Jest mniej rockowo niż ja ich kojarzę, ale czasy są takie a nie inne, w kompozycji ze starymi kawałkami koncerty brzmią pewnie świetnie". I niewiele się w tym względzie pomyliłem.
Druga okazja do przypomnienia sobie o Garbage, to stary koncert The Pretenders, który namiętnie oglądałem w minionych 12 miesiącach, na którym Shirley towarzyszy Chrissie Hynde podczas dwóch kawałków - wygląda i brzmi tam zjawiskowo. Na Pretenders już byłem, dlatego twierdzę, że rockandrollowe babki zawsze w cenie.
Na Letniej Sceni Progresji, Garbage zaczęli jeszcze przed zmierzchem od mocnego uderzenia z nowej płyty - "There's No Future In Optimism" i "Hold". Shirley wyglądała, hmmm staro. Włosy mocno ściągnięte, ufarbowane końcówki na kolory tęczy - do tego założyła na siebie jaskrawo-żółty strój i dziwaczną, czarną workową kreację, która nadawała jej sylwetce tylko ciężkości. Tyle od blogera modowego, bo na szczęście muzycznie wszystko się zgadzało i wokalnie brzmiała nawet lepiej niż mógłbym sobie wyobrazić. Do tego aktywnie się przemieszczała po scenie i wszędzie było jej pełno.
Głos jak dzwon, a na scenę wjechały dwa wielkie hity "I Think I'm Paranoid" i "Stupid Girl". Taka mieszanka nowości i staroci, w sam raz, żeby rozgrzać publiczność. Dalej było tylko ciekawiej, bo praktycznie nie znałem tych kawałków, dzięki temu nie bazowałem na stereotypach. I tak "Right Beetween The Eyes" Shirley zadedykowała Courtney Love, określając ją jako ofiarę.
A ta była znakomita, na koniec cofnęliśmy się do lat 90. - dynamiczne "Push It" i "Special" z refrenem, który nuciłem sobie jeszcze przez następne dni "Do You Have An Opinion, A Mind Of Your Own". Na koniec Shirley podziękowała publiczności, supportowi (Izzy And The Black Trees - tak tylko przypominam), pochwaliła jak bardzo zmieniła się przez lata Warszawa (wiadomo) i że ostatni kawałek zagrają po raz 1001. w karierze (nr tysiąc wypadł parę dni temu w Sofii) - panie i panowie - "Only Happy When It Rains", choć ja byłem akurat szczęśliwy, że nie padało (a zanosiło się cały dzień).
Dobrnęliśmy do końca, to czas na krótkie podsumowanie. Fajny koncert, w fajnych okolicznościach przyrody. Zespół w dobrej formie, porządny support. Właściwie to nie ma się do czego przyczepić, może poza tym, że w czasie samego występu Szkotów nie stało się nic specjalnego - nie zagrali u nas żadnej nowej, ani dawno nie granej piosenki, nie wywołali skandalu. O zgrozo wykazali się profesjonalizmem, przez duże P. Świetny performance.
PS. Teraz żyję już Gunsami w Gliwicach, więc nie będę już się silił na filozoficzne opisy. Niech rock n' roll będzie z Wami!



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz