GWIAZDY I ZADANIOWCY
6 czerwca jest w historii Guns N' Roses rokiem szczególnym. W 1985 roku, zespół zagrał swój pierwszy koncert w klasycznym składzie – z Axlem Rose’em, Slash’em, Duffem McKaganem, Izzym Stradlinem i Stevenem Adlerem – w klubie Troubadour w West Hollywood w Kalifornii. Z kolei w 1992 roku odbył się mój ulubiony koncert tej kapeli, na torze konnym w Paryżu, Gunsi zagrali podczas trasy Use Your Illusion Tour wraz z całą plejadą gości (Lenny Kravitz, Steven Tyler, Joe Perry, przewidziany był też Jeff Beck, ale z powodu choroby nie zagrał) i transmisją w systemie pay-per-view. Koncert był później retransmitowany w TV Polonia. Po kilkudziesięciu latach od tych wydarzeń, Gunsi zagrali swój drugi koncert w Gliwicach, a w ogóle ósmy raz w Polsce.
Mi się Gunsi nigdy nie znudzą, nawet z Axlem w wątpliwej formie wokalnej, dlatego mogę się pochwalić, że jeśli chodzi o skuteczność oglądania na żywo GN'R w Polsce to mam 8/8. Do tego widziałem też wszystkie występy Slasha z jego Conspirators (włącznie z Galą Empiku, na której zagrali tylko dwa numery), czyli kolejny komplet 6/6. Do pełnego sukcesu brakuje mi solowego Duffa z 2019 roku. "Not too bad", jak mawiał Novak Djoković na konferencji prasowej.
Nawiązując do swojej relacji z czwartkowego występu GN'R w PreZero Arenie, pomiędzy koncertami postanowiliśmy trochę pozwiedzać i popróbować miejscowych kulinariów. W piątek odwiedziliśmy ogród zoologiczny w pobliskiej czeskiej Ostrawie, co nie było dobrym pomysłem, bo dopadła nas ulewa i zmoczyła nas niemiłosiernie. Ratowaliśmy dzień miejscowymi specjałami w typowo czeskiej knajpie - oczywiście nie mogło zabraknąć Pilsa z pianą na dwa palce. W sobotę przed koncertem zjeżdżamy pod ziemię w kopalni srebra w Tarnowskich Górach - dla miłośników historii Śląska jak znalazł. Po wycieczce tym razem przepyszna kuchnia śląska, u dzieci radość wzbudzają pozycje w menu napisane w miejscowym slangu (np. "łobity koncek z wieprzka" oznaczał po prostu schaboszczaka).
Przed drugim koncertem jestem w świetnym humorze, bo New York Knicks wygrali 2-gi mecz finałów NBA. Podobnie jak Del James z obozu Gunsów, zarwałem noc, śledząc wydarzenia na parkiecie. Pasji nie oszukasz, co najwyżej krócej człowiek pośpi.
5:30am and watching the Knicks win!! I should probably go to sleep. https://t.co/b5cnnS3nz1
— del james (@deljamesgang) June 6, 2026
Pod halę docieramy bez problemów, choć kilkanaście kilometrów dalej (na Stadionie Śląskim) swój występ dawał polski gwiazdor Podsiadło, co spowodowało trochę problemów z dojazdem dla fanów zmierzających do Gliwic. Tym razem wejście jest bardziej upierdliwe - przed każdym "checkpointem" trzeba okazywać elektroniczne bilety, co było mega wkurzające, ze względu na aplikację, która się co chwilę sama wylogowywała. Do tego bilety ochroniarze sprawdzali nawet przy wejściu na sektor. Powiedziałem Pani stojącej przy drzwiach wejściowych, że to głupota i żeby dała sobie spokój, bo ja z dziećmi będę się kręcił co chwilę w tą i z powrotem. Po którymś "kursie" zapamiętała twarze i odpuściła sprawdzanie. Live Nation, złodzieje - oddajcie papierowe bilety!
Tym razem zajęliśmy miejsca na dolnych trybunach, teoretycznie te lepsze, ale oceniając już z perspektywy pokoncertowej, to lepiej było w czwartek, bo na górze ludzie przynajmniej się bawili, śpiewali i tańczyli. A tutaj, niby drożej to powinno być z kulturą, ale nasi sąsiedzi wyglądali jakby przyszli na koncert pierwszy raz w życiu. Na szczęście kulturalnie było za kulisami, gdzie miałem, jak zwykle na koncercie Gunsów, przyjemność zamienić parę słów, z legendą forum NightrainStation, niejakim ZQYX-em 😅A gdzieś tam w tle swój set grał Mammoth.
Zespół trochę pożonglował kolejnością w stosunku do czwartku, a pierwszą zmianą był cover Black Sabbath, które tak namiętnie grają od ubiegłego roku. W miejsce "Never Say Die", pojawiło się "Junior's Eyes", któremu na chwilę towarzyszył wizerunek Ozzy'ego na telebimie, co oczywiście wzbudziło niezwykły aplauz publiczności. Lubię "Juniors Eyes" w wykonaniu Gunsów, choć głos Axla nie powala, to instrumentalnie jest mały majstersztyk.
Drugą zmianą był kawałek "Absurd", który jak sam tytuł wskazuje brzmi dosyć absurdalnie jak spojrzy się w warstwę tekstową. Choć początek z okrzykiem "Listen, motherfuckers, to the song that should be heard", wali prosto w ryj, tak jak być powinno. A poza tym standard "Estranged", "You Could Be Mine", "Double Talkin' Jive" i "Knockin' On Heavens Door", które jak zwykle poświęciłem na przerwę toaletową (dobrze, że Slash chociaż wrócił do grania into "Only Women Bleed" na dwugryfowej gitarze). Nie zrozumcie mnie źle, to wszystko świetne kawałki (zwłaszcza YCBM), sprawnie zagrane, ale to już było w czwartek. Z perspektywy psycho-fana tego zespołu, za którego nieskromnie się uważam, wolałbym, żeby z setlisty wypadło np. "Rocket Queen" (które jak zwykle się rozwlekło do kilkunastu minut, za to Slash wyczyniał cuda na talkboxie), a w zamian za to Gunsi wstawili "Locomotive".Dało się też wyczuć, że zespół grał bardziej mechanicznie, co oznaczało, że albo mieli mniejszy entuzjazm niż w czwartek, albo włączyły im się mechanizmy z tras koncertowych. GN'R powtórzyli wykonanie "Think About You" i brzmiało to już bliżej wersji płytowej niż radosna twórczość dwa dni wcześniej. Zaskoczył też Duff, który w trakcie swoich przysłowiowych 5 minut, sięgnął po cover Sex Pistols "Black Leather", który znalazł się na płycie "The Spaghetti Incident". Ciekawe czy się doczekam kiedyś wykonania "Ain't It Fun" z tego albumu - obecne możliwości wokalne Axla by temu podołały na 100%.
Za to absolutnie świetnie wypadło "November Rain". Tym razem w standardowym tempie, ze Slashem grającym solówki na górnym poziomie sceny, z imitacją ściany deszczu i krzyżem na ekranie za plecami. Nie wiem, może dwa dni wcześniej też była taka sceneria, ale z górnych trybun nie było widać dokładnie telebimu. Chwilami miałem ciary.
Gdzieś w tak zwanym międzyczasie przeleciały dwa ostatnie single "Atlas", "Nothin'" oraz cover "Wichita Lineman", zupełnie zbędny numer w setliście - zamiast tego mogli zagrać "Patience", też napisane na akustyczne gitary, a przynajmniej moja żona by się ucieszyła.
Przed "Nightrain" kolejna historyjka Axla, który kiedyś zapytany o to czy to piosenka o narkotykach, odpowiedział, że "nie, to piosenka o alkoholu, napisana w czasie brania narkotyków - czyli nie tak źle". Samo "Nightrain" powinno stać w panteonie wzorcowych numerów rockowych - po latach to nadal jeden z moich ulubionych Gunsów numerów. Na wielki finał "Paradise City", którą z synem określiliśmy mianem najbardziej znienawidzonej piosenki świata, bo zawsze w przypadku Gunsów oznacza koniec koncertu.
To był inny koncert niż ten czwartkowy, mniej wyrafinowany, nastawiony na bardziej masowego widza, zarówno pod względem setlisty jak i zachowania na scenie i ilości Axlowych przerywników. Oczywiście zabrakło mi takich numerów jak "Coma", "Patience", "There Was A Time", "Pretty Tied Up", "Locomotive", "Don't Damn Me" czy "This I Love" - tu mógłbym jeszcze długo wymieniać. Ale co ja będę narzekał - dostałem 6 godzin ze swoim ukochanym zespołem, więc już zamykam dziób. Szacun dla moich dzieciaków, że wytrzymały taką potężną dawkę rock n' rolla, bez jakiegokolwiek narzekania.
Mało tu pisałem o pozostałych muzykach, ale tak jak w dobrej drużynie koszykarskiej są gwiazdy i role players, czyli zawodnicy zadaniowi. Axl reprezentuje super gwiazdę u schyłku kariery, która jeszcze czasem zagra genialnie, ma wysoki kontrakt i jest ulubieńcem tłumów. Slash to gwiazdor w swoim prime time, który zawsze gra równo i dostarcza najwyższą jakość. Duff i Richard Fortus to świetni obrońcy, którzy swoją grą wyznaczają rytm całego zespołu. Isaac Carpenter to nowy nabytek, jeszcze pełen entuzjazmu i energii, choć jeszcze nie wie, że gwiazdorzy nie będą się z nim chcieli podzielić kasą i zostanie mu minimalny kontrakt dla weterana. Klawiszowiec Dizzy Reed, to przykład zadaniowca, który ma wejść na 3 minuty i wykonać swoje zadanie - wierny zespołowi od zawsze, bardziej interesuje go Jagermaister niż dobra gra. I na koniec maskotka zespołu Melissa, która ostatnio jest na liście kontuzjowanych i została w Stanach.
Nieustannie w trakcie pisania tych dwóch relacji szukałem analogii i połączeń pomiędzy Guns N' Roses a New York Knicks. Dokopałem się nawet do starego felietonu Duffa McKagana (czytaliście jego autobiografię? jeśli nie to szczerze polecam), w którym porównuje on zjawisko zwane wśród kibiców Knicks jako "Linsanity", do początków kariery Gunsów, na których dosyć niespodziewanie spadła sława i popularność, tak jak na azjatyckiego gracza Knicks na początku 2012 roku (swoją drogą Lin szybko popadł w przeciętność).
Jak zwykle, okazuje się, że historia sama pisze najlepsze scenariusze. Podczas gdy Gunsi już dawno zapomnieli o Gliwicach, to wciąż trwała rozgrywka o mistrzostwo NBA. Przed decydującym trafieniem skrzydłowego Knicks, OG Anunoby'ego w meczu nr 4, podczas przerwy z głośników w Madison Square Garden popłynęły dźwięki "Welcome To The Jungle" - zdarza się to raczej często w halach NBA, ale tym razem miało dla mnie wyjątkowy wydźwięk. Naciągane? To słuchajcie dalej. Zaledwie dwa dni później Knicks zamknęli serię i zostali mistrzami NBA po raz pierwszy od 53 lat. Chwilę po ostatnim gwizdku po internecie została rozpowszechniona poniższa grafika, imitująca twarze nowych mistrzów wpisane w krzyż z okładki z albumu Gunsów "Appetite For Destruction". Przypadek? Nie sądzę!
PS. A żeby domknąć już historię Guns N' Roses na Śląsku, postanowiłem odwiedzić pewne miejsce, w którym dokładnie 14 lat wcześniej spędziłem 2,5 godziny czekając na wokalistę GN'R (który jak się okazało zwiedzał w tym czasie Kraków), jak sam pisałem "ludzie wkurwieni, wyklinali Axla od Żydów", ówczesny gitarzysta GN'R Bumblefoot grał Chopina, a z koncertu wyjeżdżaliśmy o 3 rano 😏 Panie i Panowie - oto Rybnik 2012 vs. Rybnik 2026.
Guns N' Roses
25. Don't Cry
27. Paradise City
Isaac Carpenter - perkusja
Richard Fortus - gitara rytmiczna, gitara prowadząca
Dizzy Reed - instrumenty klawiszowe









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz